Kota już dostawałem malując płot i nasłuchując wieści o płynącej w Karkonoszach wodzie. Postanowiłem wyrwać się z Warszawy w jakieś ładne miejsce, a najładniejsze miejsce niedaleko Warszawy to Marózka i jezioro Pluszne.

Pożyczyłem z Nurtu mojego ulubionego Huntera, zapakowałem go na dach, a do samochodu siebie i psa i pojechałem. Troszkę czasu zajęło mi dogodnego miejsca do rozpoczęcia spływu: wymyśliłem sobie, że zrobię kółko po Marózce, Łynie, Łańskim, Pluszne(y?)m, ale nie wiedziałem, gdzie najlepiej zacząć i skończyć. Z przewodnika po Łynie i dopływach zorientowałem się, że na trasie są dwie dość ciężkie przenoski: stawy w Kurkach i przejście z Łańskiego na Pluszne. Wybrałem jako start Kurki, kombinując, że zrzucę kanadyjkę za przenoską w Kurkach, a samochód zostawię przed nią i w ten sposób zaoszczędzę 500 metrów z kanadą na plecach.
Na miejscu okazało się to wszystko wcale niełatwe: stawy opancerzone niczym OKW za czasów największej świetności, a naokoło albo wysoka skarpa, albo bagienko. 40 minut szukałem, ale w końcu znalazłem leśną drogę, którą dowiozłem łódkę na górkę, 100 metrów nad rzeką. Wracając na szosę mało nie zakopałem samochodu w piachu, ale jakoś szczęśliwie się udało. Zostawiłem auto pod bramą wjazdową stawów i w drogę:

Dopłynięcie do Łyny i Łyna do Łńskiego bez specjalnych wrażeń poza łabędziem, który przymierzał się do ataku na kanadyjkę. Zrezygnował, kiedy Ixi podniósł się z miejsca; to ciekawe, bo słyszałem, że psy wzmagają u łabędzi agresję, a tu ptak się wyraźnie psa przestraszył. Na Łańskim niemal zupełnie pusto: parę łabędzi, ze dwie łodzie wędkarzy i daleko na horyzoncie dwa kajaki. W półtorej godziny od startu z Kurek dopłynąłem do zatoki, z której najbliżej do jez. Plusznego

Przenoska dość koszmarna: upał, droga najpierw przez pastwisko koni (gzy!), potem przez gęsty las (coś w rodzaju xtremalnego kajakarstwa zwałkowego – zwalone drzewa i zupełnie bez wody) a potem jeszcze długa jak dzień bez jedzenia droga pożarowa, Ale w końcu dotarłem do mojego ulubionego jeziora:

Byłem taki spocony, że rozebrałem się do golasa i mimo dość jeszcze zimnej wody, z przyjemnością wykąpałem (zdjęć na szczęście nie ma).
Pluszne jak to Pluszne: prześliczne! Po 45 minutach dotarłem do miejsca, skąd wypływa tajemnicza
Pluszanka:

Pluszanka zachwyciła mnie, choć nie poziomem wody: na długich odcinkach musiałem brodzić, burłacząc łódkę, w której siedział cokolwiek zniecierpliwiony pies:

Po kilkuset metrach Pluszanka dowiozła nas do jeziora Poplusz, skąd już łatwiej. Trafiło się nawet żeremie i tama bobrowa:


No i wreszcie z górki: urocza Marózka meandrująca niezbyt szybko (ale na szczęście i niezbyt wolno) pomiędzy kamienistymi brzegami i powalonymi drzewami (zwałki w większości poprzecinane) do jez. Świętego, którego kanalasta odnoga doprowadziła pod bramę stawów w Kurkach.
Statystyka: 23,5 km w czasie 5:41, z czego 4:10 w ruchu. Średnia prędkość w ruchu 5,63 – przyzwoicie, jak na C1 i tę dramatyczną przenoskę przez krzaki ![]()
Trasa naprawdę urozmaicona, ciekawa i ładna,
KONIEC



