Latem 1998 roku wraz ze swoją panią, siostrą oraz
dwiema koleżankami pojechaliśmy zwiedzić ten nader orientalny jak na polskie
warunki kraj. Podróż, jako że nie jesteśmy Rockefelerami, przebyliśmy pociągami,
trasą
przez Czechy, Słowację, Węgry, Rumunię i Bulgarie.
Cały dojazd zajął nam cztery dni i kosztował nas po 35
USD na głowę (w tym również drobne
wydatki na różne, mniejsze lub większe przyjemności).
Całą trasa objazdowa po Turcji jest
przedstawiona powyżej. Głównym założeniem
było iż każdy z uczestników może zabrać
grupę do miejsca, które uważa za godne
uwagi przy czym decydujący głos miałem ja, jako “kierownik wycieczki”,
z czym w praktyce różnie bywało bo co pięć bab to nie jedna JJ.
Ja
wymyśliłem sobie, że zagonie towarzystwo na Erciyes – 3917m. a potem daleko
na wschód pod granicę irańską. Planów i pomysłów było wiele co wykreowało
tę trasę, zaakceptowaną, nie bez małych potyczek, przez wszystkich uczestników.
Dziewczyny (bez mojego Kfiatuszka) chciały oczywiście tylko leżeć na plaży.
Ale od początku...
Do Stambułu dotarliśmy po godzinie 14.00 i z przewodnikami
w rękach ruszyliśmy w poszukiwaniu najtańszych noclegów (mieliśmy przewodniki
Pascala, które niestety nie proponują tańszych noclegów niż 10
$). Tak dotarliśmy na główny plac starej
części Stambułu pomiędzy Hagia Sophia
a Błękitny Meczet – Sultan Ahmet skąd zaczęliśmy poszukiwania. Ponieważ
zależało nam na tanim noclegu a mieliśmy zamiar w Stambule spędzić tylko
maksymalnie trzy dni więc gotowi byliśmy zapłacić do
5 $ za nocleg. Po spędzeniu kilku godzin
podszedł do nas gość ( co jest normalną
rzeczą w Turcji) i zaoferował łóżko w “dormitory room” za 5
$ za noc od osoby. Hotel Cordial House
znajdował się na ulicy Divanyolu po przeciwnej stronie niż łaźnia publiczna
Çemberlitaş przy przystanku tramwajowym o tej samej nazwie.
Hotel jest ładny, czysty normalny pokój “dormitory”
kosztuje tam 6$,
w pokoju jest 10 łóżek i może być czasem dosyć ciasno. W łazience są prysznice
z ciepłą wodą. Potem, jak wyjeżdżałem, powiedzieli mi Polacy iż wcześniej
koło kantoru jest hotelik gdzie Pakistańczyk wynajmuje pokoje za 4$
od łba i ta cena jest tylko dla Polaków, tyle że tam podobno nie ma aż
tak czystych warunków jak w Cordial House. Normalnie w schronisku młodzieżowym
przy Hagia Sophia nocleg kosztował 8$.
Co warto zobaczyć w Stambule ? Na pewno
warto spędzić tam przynajmniej tydzień. Poczuć klimat tego dużego miasta.
Nie da się po prostu przelecieć po zabytkach, bo tylko może głowa rozboleć
– jest ich naprawdę dużo. Oprócz tego co jest opisane w przewodnikach polecam
również i pomniejsze meczety na trasie Sirkeci – plac Taksim, szczególnie
te w okolicy stadionu. Godne polecenia jest
również muzeum armii położone niedaleko placu Taksim. Jak
już jesteście w Turcji to naprawdę warto pójść do łaźni publicznej, wrażenie
jest niesamowite. Ja byłem w Çemberlitaş za 12
$ z ISIC ale jest wiele łaźni w Turcji
i te mniejsze, daleko od tras turystycznych są tańsze, nawet od 4$.
Po spędzeniu trzech dni w Stambule czas nam było ruszyć w drogę. Wyjechać
można ze Stambułu na wiele sposobów ale dwa z nich wydają się najciekawsze:
promem do Haremu (to już w Azji) na dworzec autobusowy
albo na stację kolejową (pociągi mają tę wadę, że strasznie są wolne ale
bardzo tanie).
Udając się do Izmiru a właściwie przez Selçuk do Efezu
zdecydowaliśmy popłynąć promem przez morze Marmara do Yalova a następnie
autobusem do Bursy a następnie do Bandirmy. Niestety musieliśmy wrócić
do Bursy bo pociąg do Izmiru z Bandirmy odjeżdżał o 15.45 a my byliśmy
tam o 01.00 w nocy. Tak więc po stracie 2000
000 TTL (tam i z powrotem do Bursy)
złapaliśmy nocny autobus do Selçuku. Po dotarciu rano na miejsce
za 50 000 TTL
dotarliśmy busem do Efezu. Bagaże zostawiliśmy w kasie i z ISIC’em za darmochę
poszliśmy zwiedzać starożytne ruiny. Potem udaliśmy się za
50 000 TTL
do Kuşadasi na kamping ale tylko aby się zamoczyć w morzu. Sam kamping
nie zachwyca ale ma prysznice J
.
Następnie udaliśmy się pociągiem, na który ledwie
zdążyliśmy za 650 000 TTL do Denizli
skąd
chcieliśmy udać się do Pammukale. Do Denizli dotarliśmy po godzinie 02.00
i raczej straciliśmy nadzieję że się
dostaniemy do Pammukale
dziś.
W jednej z dość daleko położonych
uliczek znalazłem dwa hoteliki “robotnicze” za 2$
od łebka gdzie cała ekipa miała jakiegoś pornosa przed oczami a w “recepcji”,
która wyglądała jak dyżurka w warsztacie wszystko wyklejone było blond
pięknościami. Opcja spania tam z 4
babkami nie była zbyt zachwycająca ale jeżeli
one nie miały nic przeciwko temuJ
. Na szczęście w drodze powrotnej na stację znaleźliśmy gościa (brata właściciela
hotelu koło Pammukale) gotowego tam nas zabrać. Za nocleg zapłaciliśmy
około 1000000 TTL
od głowy. Hotel Venus, jak się podobno okazało był najlepszym obiektem
tego typu w okolicy a do tego posiadał basen. Samo Pammukale to kicha (prawie
całe jest zamknięte, dla turystów obecnie otwarty jest niewielki fragment
basenów) ale podobno gdzieś w okolicy są gorące czerwone źródła, które
może warto zobaczyć, my niestety nie mieliśmy tyle czasu.
Z Kapadocją zetknąłem się po raz pierwszy w hotelu
w Stambule po przejrzeniu wszystkich folderów jakie udało nam się dostać
w biurze informacji turystycznej, ale to co zobaczyłem na miejscu przeszło
moje najśmielsze oczekiwania. Region jak żywcem wyjęty z “Jaskiniowców”.
Fantastyczny. Po prostu księżycowy!
Dzień w Kapadocji należy do dość intensywnych, od
samego
rana, kiedy nie jest jeszcze tak gorąco do
wieczora jest dokąd pójść, wetknąć nos czy na coś wleźć. Na temat okolic
najlepiej jest dowiedzieć się w którymś
z biur podróży na miejscu i pobrać odpowiednie mapki. Dobrze jest też zajrzeć
do “Pathfinder’a” organizują oni co
jakiś czas darmowe wycieczki dołączając ludzi do wycieczek komercyjnych.
Posiadają również
materiały opisujące okolicę. W samym miasteczku jest kilka interesujących
miejsc ale osobiście poleciłbym punkt sprzedaży dywanów w specjalnie do
tego zaadoptowanym jednym z kilku grzybków (czyli formacji skalnych
masowo
występujących w Kapacocjii w fallicznym kształcie). Jest tam 16 pokoi wyłożonych
dywanami różnych barw i rozmiarów a na górze jest tarasik pod autentycznym
namiotem Nomadów gdzie właściciel podejmuje
winem. Pod miastem jest też muzeum
na świeżym powietrzu ( Open Air Museum), gdzie nie ma nic ciekawego oprócz
kościoła wykutego w skale z przepięknymi, jak na warunki freskami.
Gorąco natomiast polecam dolinę Zelve. Jest to jużnaprawdę
kraina jaskiniowców i jak ma sięszczęściebo
jest mało zwiedzających, to można chłonąć cały klimat doliny. Dołączam
również zdjęcie fragmentu meczetu,
jest to jak siępóźniej okazało jedno z najładniejszych
zdjęć jakie zrobiliśmy w Turcji. Zabranie
ze sobą latarki pozwoli na zapuszczanie się w
różne tunele raczej nie dla turystów. Mam taki jeden, jest to raczej mała
norka ale dlatego że tak mała to omijana przez wszystkich gdyż wygląda
jak nisza a to najprawdziwszy tunel. Zresztą w całej okolicy człowiek czyje
się jak mały odkrywca J.
Kolejną atrakcją są podziemne miasta. My udaliśmy
się
do największego, Dernikuyu.
Z Kapadocji ruszyliśmy
na zdobywanie Erciyes – 3917m. przez
Kayseri. Pod górę można dostać się z Kayseri
jadąc autobusem do Hisarcik a następnie stopem, to dla tych co nie zabierają
raków, dla tych drugich jest trasa przez Hacilar. Niestety nie zdobyliśmy
szczytu, ja i moja pani bo reszta lasek została zwiedzać Kayseri. Na zdobycie
szczytu trzeba poświęcić całe dwa dni ( z dojazdem i powrotem). Dalej pod
wieczór ruszyliśmy do Trabzonu (3500 000 TTL)
mając
nadzieje kąpieli w kolejnym morzu.
Podróż jest niestety bardzo długa i nudna, jak widać na mapce jaką odległość
trzeba przebyć. Sam Trabzon niestety nie jest zbyt zachwycający i nie ma
tam plaż, ale jak się okazało jest
jakaś w Arakli kilka kmów od miasta. Po udaniu siętam
byliśmy jednymi turystami w tym rejonie i hotelu (1000
000 TTL) nawet dość przyzwoitym jak
na tureckie warunki. Wisła Kraków pokonała jakiś tam klub z Trabzonu więc
Polacy zaczęli być ogólnie dość
dobrze kojarzeni
J.
Uciekliśmy z tamtąd po dwóch dniach
i udaliśmy się do monastyru Sümala
zawieszonego na skale. Monastyr ładny choć w całkowitej rekonstrukcji czy
też restauracji, na nasze nieszczęście panowała straszna mgła więc to jakie
widoki panują podczas jazdy i z samego monastyru możemy jedynie podziwiać
z folderów turystycznych. W okolicach Trabzon
jest wiele więcej miejsc ciekawych ale z racji straty czasu i napiętego
harmonogramu
musieliśmy
pojechać dalej. Obiecując sobie, że
wrócimy jeszcze raz dokładniej pozwiedzać.
Z Trabzonu pojechaliśmy do Agri aby dalej dostać siędo
Dogubayazit gdzie jest jest pałac Ishakpasa tuż nad samą granicą z Iranem.
Ten rejon Turcji zasługuje chyba na dokładniejsze zwiedzanie i zapoznanie
się z folklorem ponieważ jest tak różny
od tego co można spotkać na bardzo turystycznym zachodzie kraju.
Różne
jest również podejście tubylców do kobiet szczególnie turystek.
Sama
podróż do Agri niesie ze sobą zapewne fantastyczne widoki. Zapewne,
bo niestety my jechaliśmy tą trasą nocą wiec co ciekawego to nas
ominęło.
Dogubayazit to dziura ale ma
coś uroczego , tzn. widać że powstało to miasteczko na trasie handlowej
z Iranu i czerpie jeszcze teraz korzyści z turystyki. Ci, którzy chcą wejść
na Ararat potrzebują specjalne zezwolenie ale miejscowe biura
turystyczne oferują wejście za 100 $.Sam
pałac robi wrażenie i jest naprawdę ładnie zlokalizowany. Mimo że jest
w stanie rekonstrukcji warto jest zahaczyć
o niego jak już przypadkiem jesteśmy w tym rejonie.
Nocleg można znaleźć w mieście za 2-3 $
albo po drodze do pałacu na kampingu, niestety nie znam kwoty. Poza samym
pałacem warto jest się również wybrać
na mały trek. Dołączam zdjęcia.
W tym rejonie zaczynają sięrównież częste
kontrole dokumentów, z Dogubayazit do Van mieliśmy
trzy. Niestety podróż odbywa się nie autokarem tylko busem co niestety
nie jest najwygodniejsze i całkiem drogie
w porównaniu z podobnymi usługami na zachodzieL.
Van to jest niestety dość brudne i dzikie miasto,
pewnie jak większość miast w kurdyjskiej części
Turcji. Od pewnego szwajcara dowiedzieliśmy
się że jest tani kamping pod Vanem
ale dziewczynki tak się dogadały z
kierowcą dolmusa, że ten zawiózł nas do jakiejś knajpy znajomego sądząc
że namy namioty i możemy mieszkać w krzakach J
. Dopiero po małych negocjacjach udało nam
się załatwić nocleg w samej knajpie
na glebie płacąc 100 000 TTL
za noc. Spędziliśmy tam dwie noce.
W okolicy jest również kąpielisko z wydzielonymi strefami
dla mężczyzn, kobiet i turystów J.
Następnym postojem był Aktamar
Adasi
a właściwie knajpa przy przystani
promowej
na wyspę. Można również tam się przespać
gdyż właściciel pozwala spać na glebie knajpianej za friko. Prom
(600
000 TTL ale można siętargować
J)
rusza jak znajdzie się 10
osób chętnych więc dlatego najlepiej jest udać
się na wyspę rano.
Ten pkt. również gorąco polecam jak kto już będzie w
tej okolicy. Jest to niesamowity kościół ormiański na wysepce na fantastycznym
jeziorze Van. Na samej wyspie jest tyle miejsca
że można spokojnie rozbić namiot. Autobus
do Tatvan łapie się po prostu z drogi ( 750
000 TTL). Nie opłaca się płacić
za bilet u kierowcy jak się jedzie
dalej tym samym autobusem bo żąda wiecej niż obowiązuje taryfa.
Następnie chcąc udać siędo Adany wpadliśmy w “turecką”
pułapkę, na chybcika zabraliśmy się jeszcze tym samym autobusem
( firmy VAN GÖLU)
bez wykupienia dobrze miejsc. I to nas zgubiło LL
. Pieniądze wręczyliśmy stewardowi i po umowie
że dwie osoby bez miejsc jadą do Diyarbakir na podłodze a następnie zajmują
miejsca zwolnione udaliśmy się w drogę.
Rzeczywiście w Diyarbakir dostaliśmy miejsca ale na każdym przystanku musiał
sięktoś (słabej woli dziewczyny) przesiadać bo ktoś już miał bilet na to
miejsce. W dodatku bardzo uciążliwy steward uzurpował sobie prawo do wypoczynku
na całej długości tylnich foteli i sąsiedztwo jego skarpet nie było zbyt
przyjemne L
. Po ciągłych starciach o miejsce doszedł element napaści
seksualnej na moją koleżankę, jakiś koleś bezczelnie złapał ją za pierś
a ta PIPA (Tłumaczyłem im żeby zgłaszały
wszystkie ale LLL)
nic
mi nie powiedziała. Tak więc zmęczeni dotarliśmy do Adany nad ranem i kierowca
chciał nas wysadzić w mieście. Nieświadomi błędu jak owce wybyliśmy z autokary
i gdyby nie to że łoś zatrzymał się w
niedozwolonym miejscu i policja go przyuważyła to pewnie drałowalibyśmy
10 km do dworca autobusowego. A tak poskarżyliśmy się gliniarzowi
(bo kierowca sam
nas nie chciał zabrać) i
na wyraźne polecenie Pana Władzy chcąc nie
chcąc,
musiał zabrać nas na dworzec i jeszcze zapłacić mandacikJ
. Frajer chciał nas jeszcze naciągnąć na dopłatę 900
000 TTL ale nauczeni już, a raczej
wreszcie nie daliśmy się zrobić w konia
J.
Na dworu w Adanie jest bardzo parno i jest
bardzo duża wilgotność powietrza, po wyjściu z autobusu człowiek jest od
razu cały mokry. Tam zakupiliśmy bilety do Mersin
Po dwóch dniach wyruszyłem wraz ze swoją panią odprowadzić ją do
autobusu do polski oraz załatwić
wizy w konsulacie syryjskim dla reszty J.
Wizy załatwia się przez dwa dni i potrzebne
są dwa zdjęcia oraz list rekomendacyjny z polskiej placówki dyplomatycznej
(tam z konsulatu RP). Cena wizy niewiele odbiega od ceny w Polsce więc
nie warto czynić sobie fatygi.
Do Syrii wjeżdżaliśmy trasą Hatay Aleppo z przejściem
w Babel Hawa...
Następnego dnia po kąpieli w strumieniach wapiennych
wsiedliśmy do pociągu do Ankary, moja siostra uparła się żeby zobaczyć
stolicę. W Ankarze nie ma nic ciekawego (z mojego pkt. widzenia), rozmowa
z miłą panią w informacji turystycznej za dworcem kolejowym na pytanie
czy jest tu coś ciekawego do zwiedzania (sight-seeing) odparła, że nie
w Ankarze nie ma żadnego morza (sea) J
. W oczekiwaniu na nasz autobus (3500 000TTL)
do
Göreme poszliśmy popływać łódką w parkowej sadzawce (czy jak ją tam nazwać).
Jak tylko moje panny weszły do łodzi zaraz zaczęliśmy wzbudzać ogromne
zainteresowanie Turków i wszyscy rzucili się w naszą stronę totalnie uniemożliwiając
nam jakiekolwiek sterowanie. Nie docierało do nich że mamy tego dość i
niech spadają. Dopiero wrócił im rozum gdy zacząłem ochlapywać
ich przy użyciu wioseł co ich bardzo oburzyło a nam sprawiło radość J.

Nie warto zatrzymywać się nigdzie indziej
jak mamy zamiar spędzić trochę czasu w Kapadocji.
Oczywiście najlepszym sposobem
jest przemieszczanie się z miejsca
na miejsce aby ogarnąć wszystkie ciekawostki
ale jak nie chcemy się przemęczać to
Göreme
jest zdecydowanie najlepsze.
Po przyjeździe wybraliśmy
ze
wszystkich pensjonatów (wywieszonych w “galerii” na dworcu autobusowym)
motel
SOS za 3 USD od nocy. Motel ten jest całkiem
fajny i okazuje się że
posiada własną witrynę internetową. Prowadzi go przemiła babka i zrobiony
jest na wzór schronisk młodzieżowych (przynajmniej jeżeli chodzi o atmosferę).
Dotarliśmy tam dokładnie na finały
MŚ w piłce nożnej France ’98 i dopiero
jak zawiodłem sięgrą Brazylii wziąłem prysznic.
Radzę zabrać ze sobą latarkę i zapasowe
baterie bo jest kilka ciekawych miejsc w których można jeszcze pobuszować
(np. zaraz obok living roomów na wpół przysłonięte
jednym
z tych olbrzymich głazów ale dla kogoś kto chce tam wejść ... tylko uwaga
można sięłatwo zgubić jest tam całkiem spory obszar – “dzielnica”.
Miejsc
ciekawych w Kapadocji jest więcej, dolina gdzie jest ponad 4000 kościołów
itp.
itd.
Do Agri dotarliśmy nad samiutkim
ranem,
że nawet dworzec był jeszcze zamknięty. Jakoś przy pomocy dobrych ludzi
udało się go otworzyć i zaczęliśmy
przymiarkę do snu. Pomimo moich nalegań
aby dziewczyny kładły sięza mną przy ścianie one obstawały przy swoim tłumaczącsiękurzem
w kątach
J
. Tak więc nie zmrużyliśmy oka bo niestety ci, którzy pomogli nam
wejść na dworzec nie dali nam się przespać.
Albo
siedzieli naprzeciw i gapili się, jak
to “dzicy” robią, albo zaczęli głaskać moją
siostrę po blond główce co już mnie nawet wkurzyło. Tak
więc po dwóch godzinach opędzania się
oznajmiono nam że jest już nasz autobus i
możemy jechać. Jazda trwa ponad godzinę
ale krajobraz jest fantastyczny. Uboga,
karłowata roślinność, prawie pozbawiona wody o różnych odcieniach gleba
oraz domki wieśniaków budowane albo z gliny albo z łajna, co wydało mi
się bardziej prawdopodobne.
(1000 000 TTL)
i po dotarciu do Mersin udaliśmy się dolmusem do Kiz Kalesi, gdzie
podobno jest fajna plaża. Kiz
Kalesi to zwykłe miasteczko plażowe z całą kupą atrakcji turystycznych,
ale panienki się uparły opalać wiec
co mogłem poradzić. Dla tych jednak co nudzą się na
plażach proponuję spacery po okolicznych
ruinach, zwiedzenie pobliskiej, podobno ładnej jaskini oraz przepłynięcie
wpław na wyspę na której znajduje się
zamek. Woda w morzu w tym rejonie jest jak zupa
a i tu nie miałem wytchnienia bo dziewczyny same nie mogły się w
spokoju, nie napastowane, kąpać
więc musiałem im towarzyszyć.
Umówieni byliśmy tak, że jak wszystko
załatwię to wysyłam faks i spotykamy się
w Hatay (Antakya) na dworcu autobusowym następnego
dnia po dacie faksu.